Wiadomości

Bo jak nie my, to kto?

"Ojcze jest pomysł. Spróbujmy to jakoś zorganizować!" To chyba pierwsze zdanie, od którego powinnam rozpocząć historię tegorocznego Misyjnego Zjazdu Dzieci w Nysie. Po zeszłorocznej wyprawie do Nysy, dzieciarnia z Chludowa, sama upomniała się o ten wyjazd.

Skoro raz już ziarno zostało zasiane i ryba połknęła haczyk, nam dorosłym nie pozostało nic innego, jak tylko spróbować zrealizować marzenia dzieci. To nic, że to daleko, że to dopiero początek roku szkolnego i czas na organizację jest potwornie krótki, że musimy wyjechać już w piątek i wcześniej poszukać noclegu. To zaledwie kilka detali, które same właściwie się poukładały.

W trakcie przygotowań bardzo liczyliśmy na entuzjazm zeszłorocznych uczestników. Ich doświadczenie i wiarygodna reklama, miały być gwarantem naszego sukcesu. Jeżeli w zeszłym roku udało nam się zabrać kilkanaścioro dzieci, to ten rok musi być lepszy! Takie postawiłam sobie założenie – rezerwujemy duży autokar.

I tak powoli, powoli, przy wsparciu chludowskiego proboszcza, siostry katechetki i kilku zaangażowanych rodziców, nasza wyprawa zaczęła nabierać realnych kształtów. To, co zaskoczyło nas wszystkich, to w zasadzie duża łatwość z jaką „uzbieraliśmy” przyzwoitą liczbę 45 uczestników. Nie o liczby tu chodzi, ale również i o to, że część z nich, to byli uczniowie poznańskiej szkoły specjalnej. To młodzież z mniejszym, bądź większym upośledzeniem umysłowym. Dla nich ten wyjazd miał być również formą doświadczenia czegoś zupełnie nowego.

Misyjny Zjazd Dzieci to przecież cykliczna „impreza”, która gromadzi dzieci zwłaszcza z okolic Nysy. Jej plan zasadniczo nie zmienia się od dawna. To, co wyróżniało tegoroczną edycję, to temat przewodni. Jak mogło być inaczej? Skoro mamy „marianowy” jubileusz, hasłem przewodnim zostało słynne powiedzenie o. Mariana: „Nie jest trudno być dobrym. Wystarczy tylko chcieć”.

Gdy tylko nasi chludowscy uczniowie uświadomili sobie, że znów wszystko kręcić się będzie wokół patrona ich szkoły, na twarzach malował się grymas, podszyty znudzeniem. Znów? Po co? Przecież my to wszystko wałkujemy od dawna! Co nowego możemy jeszcze zobaczyć i przeżyć?

Uczestnicy spotkania przed Domem Misyjnym w Nysie (fot. Marta Molińska-Glura)

Jak cudownie było patrzeć na zaciekawione twarze dzieci, gdy wsłuchiwały się w opowieść o życiu o. Mariana. O jego dzieciństwie, pełnym rodzinnego ciepła. O podróżniczych marzeniach i byciu misjonarzem. O trudnym czasie nauki i tragicznych losach obozowych. O mozolnej i pełnej nadziei pracy z ludźmi w Indiach. Część tych faktów nie była żadną nowością, bo młodzież i dzieci znają historię o. Mariana od dawna. Ważne jest jednak nie tylko ciągłe przypominanie faktów z życia Ojca trędowatych. Najważniejsze jest pokazanie źródła, z którego czerpał swe pomysły i siły.

Ojciec Marian nigdy nie stawiał granic. Ani Panu Bogu, ani ludziom, do których był posłany. Gdyby spojrzeć, tak na chłodno, na to czego udało mu się dokonać, to wszystko nie miało prawa się udać. Marzenie o byciu misjonarzem, o stworzeniu miejsca opieki dla ludzi wykluczonych ze społeczności, o wybudowaniu katolickiej świątyni w sercu hinduistycznego świata, o kształceniu i wychowywaniu dzieci. To szalone pomysły, których realizację mogła zapewnić tylko bezgraniczna ufność w Bożą opiekę.

Ojciec Marian, jako nieodrodny syn Arnolda, charakteryzował się swoistym „szaleństwem”. Dbał tylko o rzeczy najważniejsze, o czas na modlitwę, relacje z Bogiem i miłość do ludzi. Wszystko pozostałe wypływało z tego fundamentu. Nie bał się marzyć, ale też i działać. Robić rzeczy po ludzku niemożliwe. Wychodził poza utarte schematy, łamał granice, których wielu nie ośmielało się nawet dotknąć. On dotykał nie tylko trądu cielesnego, ale swoją pełną ciepła i pokory postawą, leczył trąd duchowy. 

Dużym zaskoczeniem była dla mnie krótka refleksja jednego z uczestników tego spotkania. Już w drodze powrotnej Janek zauważył, że warto dążyć do realizacji swoich marzeń, że nie można zrażać się małymi niepowodzeniami, że trzeba zaufać Panu Bogu i starać się być lepszym każdego dnia. Tym razem dokładnie to wyłapał z historii o. Mariana. Asia z Zespołem Downa w trakcie całej drogi powrotnej nuciła piosenkę: „Bo jak nie my, to kto? Bo jak nie teraz, to kiedy?”. Jeszcze inny chłopiec z porażeniem mózgowym zauważył, że ten misjonarz musiał być dobrym człowiekiem. On nie bał się chorych ludzi. On z nimi rozmawiał. 

Ilu uczestników, tyle przeżyć, myśli, doświadczeń. My wszyscy zabraliśmy ze sobą z Nysy, nie tylko kolorowe koszulki, ale także jasny wzór do naśladowania. Bo jak nie teraz, to kiedy?

Marta Molińska-Glura
Za: Komunikaty SVD